Krótkie cytaty brata i siostry. 1. „Rodzeństwo - definicja obejmująca miłość, walkę, współzawodnictwo i przyjaciele na zawsze. ” > Byron Pulsifer. 2. „Przyjaciele to rodzeństwo, którego Bóg nigdy nam nie dał”. > Mencjusz. 3. „Rodzeństwo to soczewka, przez którą widzisz swoje dzieciństwo”. > Ann Hood. 4. Wiersz: 60-ka brata Myślałam o prezencie dla Jubilata, ale co tu kupić, gdy ma się takiego brata? Jesteś wspania - Wiersze.kobieta.pl Wiersze SERWIS MIŁOŚNIKÓW POEZJI GRUPA AUTORÓW BEJ Właśnie dlatego warto przywiązywać wagę do tego jakie życzenia składamy i komu. Najpiękniejsze życzenia i wierszyki urodzinowe 2023. Zabawne i oryginalne, dla rodziny, przyjaciół i Krasny Bierażok, k. Wilejki. Rascisłau Łapicki, biał. Расціслаў Лапіцкі (ur. 1 września 1928 we wsi Kasuta w powiecie wilejskim, zm. 28 października 1950 na uroczysku Krasny Bierażok k. Wilejki) – białoruski działacz antysowiecki, twórca podziemnego ugrupowania na Ziemi Miadziolskiej i Smorgońskiej. Życzenia z okazji 50. rocznicy ślubu. Drodzy Jubilaci! 50 lat temu przysięgaliście. sobie miłość, która trwa na dobre i na złe. Chcemy pogratulować Wam wytrwałości i miłości, w której blasku wychowaliście gromadkę wspaniałych dzieci. Życzymy Wam, aby każdy dzień przynosił Wam szczęście. Wszystkiego dobrego! Życzenia z Zapraszamy do lektury wiersza W cieniu dębowego brata . Dębie wielki, bracie mocny, który sięgasz nad korony. Ty, co dzień słoneczny witasz, tobie tylko przeznaczony. Okaż litość swemu bratu, pozwól poczuć, choć przez chwilę. Promień słońca na dnia koniec, daj mi ujrzeć – proszę mile. Oto należały one do zastarzałych recydywistek, a sądy, wyroki, pobyty, dozory, więzienia wreszcie, były dla nich niemal normalnymi warunkami życia. Etyka zaś Serbii polegała na tym, że o ile dostające się tam po raz pierwszy klientki lekceważone były i pogardzane niemal, o tyle wytrawne i wielokrotnie karane używały powagi i Doryna błaga brata Elmiry o pomoc, ponieważ sytuacja wymknęła się jej spod kontroli. Zarzuca sobie, że nie uchroniła młodych przed Świętoszkiem i liczy, że Kleant pomoże jej udaremnieniu planów Orgona. Scena III. Marianna przychodzi do ojca i błaga go, aby cofnął swój rozkaz wzięcia przez nią ślubu z Tartuffem. To krzyż mój ciężki, to moje kalectwo" Wiersz podpisano pseudonimem Rododendron. Zresztą większość utworów nie jest podpisana nazwiskami. Widocznie w więziennej celi jednak nie tak łatwo było się przyznać do pisania poezji przed współosadzonymi. Literowy pociąg (Wierszyk) Wierszyk: "Ó" (Wierszyk) dla dzieci do pobrania i wydruku za darmo. Wierszyk do zaproszenia, recytowania, na przedstawienie czy uroczystość. Ju70b8b. Jeśli poruszy i zbuduje Cię to, co tu znajdziesz, to zachęcam, przede wszystkim do oddania chwały Bogu, ale też do napisania choć kilku słów do Bartka, to bardzo zachęcające i masz konto na Facebooku możesz go znaleźć chcesz napisać maila, pisz ja osobiście dziękuję Bogu za Jego dzieła w Twoim życiu i Tobie że zechciałeś się tym z nami Pan Jezus błogosławi Cię, prowadzi i używa dla swojej chwały i prośbę brata Bartka poniżej zamieszczam również jego świadectwo, którym podzielił się w Ostrowie Wielkopolskim w zborze Koscioła zielonoświątkowego 20 stycznia 2019 zamieszczam dwa linki do artykułów prasowych na temat służby i działalności brata Bartka. Za wszystko chwała Panu w Zakładzie Karnym w media Narodzenia BartkaJan. 1;12Tym zaś, którzy go przyjęli, dał prawo stać się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię i wychowałem się w Tarnowie w rodzinie zastępczej . Mojej matki biologicznej nie znałem , ponieważ zostawiła mnie gdy byłem małym dzieckiem . Wychowywany byłem w rodzinie wielodzietnej gdzie często doskwierała nam bieda i na wszystko brakowało . Prawnym moim opiekunem była babcia którą dobrze pamiętam , była dobrą kobietą i zawsze starała się mojej przybranej mamie pomagać w wychowywaniu nas i w tym abyśmy mieli wszystko co potrzeba . Ze strony mamy przybranej miałem i odczuwałem miłość i oparcie , lecz ze strony mojego wujka nie miałem takiej akceptacji . Z ojcem biologicznym nie miałem kontaktu , choć czasem się widywaliśmy jednak często unikałem jakiejkolwiek rozmowy z nim ponieważ często był pod wpływem alkoholu .Wyrastałem w przekonaniu że jestem dzieckiem nie chcianym i jakimś odmieńcem , ponieważ w domu nie miałem poczucia że jestem kochany. Mój wujek bardzo wywyższał swoje dzieci, a ja czułem się odrzucany . Często bił nas . Był często agresywny .Z mojego dzieciństwa nie wiele pamiętam tych dobrych chwil , raczej te chwile smutne. Kiedyś była taka sytuacja, że z mamą i moim rodzeństwem ; spod dachu ; musieliśmy się na jakiś okres wynieść z domu ponieważ wujek bił nas i mamę , w tamtym czasie mama była w ciąży . Aby znaleźć poczucie akceptacji mając jakieś 15 , 16 lat znalazłem sobie towarzystwo kolegów z którymi większość czasu zacząłem spędzać .W domu niewiele mówiło się o Bogu. Chodziłem do kościoła tylko wtedy gdy mi było smutno i gdy potrzebowałem schronienia na dany moment . Z kolegami z ulicy coraz częściej spędzałem czas. Mieliśmy wspólną zajawkę – taniec breakdance oraz hip hop . Często spotykaliśmy się na boisku szkolnym na ; Plastiku ; i tam słuchaliśmy muzyki , tańczyliśmy bracka i paliliśmy marihuanę , popijając przy tym piwo, a czasem nawet wódkę z mety .Zaimponował mi bardzo taki beztroski tryb życia .Z kolegami mogłem się dogadać . Większość czasu spędzałem z nimi niż w domu . Jeździliśmy razem nad wodę na wagary … Gdzie oczywiście towarzyszyło nam palenie marihuany . Stopniowo paliłem coraz większe ilości marihuany i pod koniec szkoły średniej byłem bardzo uzależniony i nie było dnia żebym nie zapalił skuna. Skończyłem technikum , zdałem maturę i zaraz po maturze w lipcu 2001 r trafiłem pierwszy raz do szpitala psychiatrycznego z mocnymi zaburzeniami psychicznymi . Lekarze stwierdzili u mnie schizofrenię paranoidalną po totalnie w innym świecie , wygadywałem dziwaczne rzeczy , nie spałem po nocach , stany maniakalne , myśli samobójcze itp … Byłem tam wtedy dwa miesiące , podczas gdy moi koledzy , rodzeństwo jeździło nad wodę , chodzili na basen a ja byłem zamknięty w murach i brałem pamiętam wtedy po 25 tabletek psychotropowych dziennie .Po wyjściu ze szpitala byłem bardzo rozbity psychicznie . Koledzy się ze mnie naśmiewali , że wariat itp .. Nie miałem sił nawet i zdrowia do pracy . Chwilę pracowałem , chwilę byłem na rencie . Brałem wtedy leki regularnie . Bardzo się przestraszyłem konsekwencji jakie poniosłem na skutek palenia marihuany . Ale czegoś mi brakowało . Przeżywania ulgi , odskoczni od życia .Po jakimś czasie zaczął mi imponować jak niektórzy grywali na maszynach i często wygrywali spore sumy . Pomyślałem też tak chcę , przecież to może być sposób na życie . Z takim wyobrażeniem o tym zacząłem grać na maszynach początkowo za niewielkie wtedy mając stałe zatrudnienie i długą umowę , nie miałem wtedy jeszcze żadnych zadłużeń po bankach itp ..Po niedługim okresie coraz częściej grywałem po kasynach pubach .. Początkowo to co miałem z wypłaty wystarczało mi jednak po jakimś czasie zacząłem brać drobne pożyczki , chwilówki ,a potem jakieś większe kredyty by mieć na granie .Przegrywałem coraz większe ilości pieniędzy , oszukiwałem ludzi . Często zamiast dać mamie pieniądze na życie , na jedzenie to ja mówiłem że nie mam a szedłem do kasyna mając sporą gotówkę żeby grać .Nie znałem w ogóle Jezusa. Obwiniałem Boga za każdą moją przegraną, za cały mój bałagan w wciągnął mnie już do takiego stopnia, że przegrywałem wszystkie pieniądze, na które pracowałem niekiedy w 2, 3 godziny. Pożyczałem pieniądze po bankach, od ludzi wszystko na granie. Niejednokrotnie po moich porażkach miałem stany depresyjne, myśli samobójcze, trafiałem do szpitali psychiatrycznych. I znowu zaczęły się leki itd…Błędne na odwyk od hazardu do Stalowej Woli do Rozwadowa na 7 tygodni, chciałem z tym zerwać, bo już nie dawałem sobie rady. Po skończeniu terapii myślałem że już się skończyły moje problemy z hazardem , jednak po pół roku znowu zacząłem grywać , już nie na takie sumy i do tego stopnia ale grałem .Modliłem się do Boga aby coś zrobił z moim życiem , bo ja już nie daję rady .Coraz częściej miałem myśli aby się zabić .Pod koniec 2013 r mieszkałem i pracowałem we Wrocławiu . Tam Bóg postawił na drodze mojego życia pastora który opowiedział mi o Jezusie . Mówił że muszę się zwrócić do Niego o pomoc, o Łaskę przebaczenia i Zbawienie , a moje życie się zmieni . Że On jest Miłosierny , że On mnie kocha i czeka na mnie patrząc z góry na moje upadki i że On chce mi pomóc .Szczerze wyznałem swoje grzechy , zacząłem pokutować , przepraszać za mój cały bałagan .Poznałem ludzi chrześcijan, którzy bardzo kochają Jezusa . Zacząłem chodzić regularnie na nabożeństwa do Kościoła Baptystów . Widziałem jak pięknie można śpiewać i uwielbiać Jezusa . Poczułem miłość do tych ludzi . Modliłem się ,zacząłem czytać Pismo Święte .Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba zaczął mnie stopniowo zmieniać .Zerwałem dzięki Niemu z hazardem . Zmieniło się moje słownictwo . Skończyło się moje oszukiwanie ludzi . Odstawiłem papierosy .Od tamtego momentu już przestałem brać jakiekolwiek leki psychotropowe czy nasenne .Jezus uzdrowił mnie z tej choroby .Odzyskałem swoją pasję i zamiłowanie do muzyki tworzyć i pisać teksty rapowe, już nie takie z wulgarnym słownictwem , tylko teksty wartościowe , wychwalające Jezusa . On obdarzył mnie talentem .Piszę wiersze , śpiewam swoje teksty dla Chrystusa i Jemu zawdzięczam każdą linijkę .On mnie wyrwał z mocy ciemności Pan Jezus zaczął stawiać na drodze mojego życia konkretnych ludzi szczerze nawróconych, z którymi się zaprzyjaźniłem .Po roku pobytu we Wrocławiu , przeprowadziłem się do Krakowa ponieważ chciałem być bliżej miasta rodzinnego i częściej mogłem odwiedzać mamę oraz moje przybrane rodzeństwo .Tam też w roku 2014 w jednym z kościołów przystąpiłem do chrztu wodnego .Pan Jezus, jest moim Zbawicielem i prowadzi mnie .Całe życie nie znałem swojej matki biologicznej i pewnego dnia , to było już po tym jak się ochrzciłem zapragnąłem ją poznać i jej wybaczyć to, że mnie zostawiła , to że mną się nie interesowała całe życie .Bóg zaszczepił we mnie to pragnienie , złamał mój gniew i żal w wigilię pamiątki narodzenia Jezusa Chrystusa 2014 r i poznałem swoją biologiczną mamę Ona obecnie przebywa w Domu Pomocy Społecznej . Jest chora na schizofrenie .Bardzo się ucieszyła że zechciałem ją poznać i jej przebaczyć . Popłakała się bardzo podczas naszego spotkania i przepraszała mnie . A ja jej wybaczyłem i powiedziałem że Jezus jej też przebacza . Modlę się o nią . Dzwonię czasami do niej .Dzięki poznaniu Prawdy , poznaniu Jezusa żyję inaczej . Nie tak jak dawniej, gdzie patrzyłem tylko aby wyjść na imprezę , iść do knajpy grać czy zapalić skuna .Priorytetem dla mnie jest Jezus Pan i to co On dla mnie zrobił i przygotował .Dzięki Jego obietnicom moje życie nabiera barw . Mogę spłacać zadłużenia ponieważ dzięki Bogu wyjechałem do pracy za granicę aby móc spłacać długi . Duch Święty mnie prowadzi .Zauważyłem, że im bliżej jestem Jezusa tym obficiej mnie wyposaża w natchnienie .Piszę na Jego Chwałę wiersze , piosenki . Jestem narzędziem w Jego rękach . Mam odwagę mówić o Nim i o Jego działaniu . O tym jak bardzo mnie umiłował i z jakiego bagna mnie wyciągnął .Znalazłem tą właściwą drogę której szukałem i potrzebowałem, aby być zbawionym .Każdego dnia staję przed Panem Chrystusem w modlitwie o moją rodzinę , o mamę która mnie wychowała o rodzeństwo które jest zagubione ( jeden brat siedzi drugi raz w więzieniu , drugi jest 6 lat na oddziale psychiatrycznym dla wyjątkowo niebezpiecznych pacjentów pod kamerami , najmłodszy brat ma Zespół Downa i autyzm )Wierzę w Boże obietnice i Jego Słowo i wiem , że z pomocą Jezusa moja cała rodzina może być uzdrowiona i zbawiona .Każdego dnia patrzę na Golgotę i na cierpienie Pana Jezusa i na to co On zrobił dla mnie . I życzę każdemu aby powierzył swoje życie Jezusowi Chrystusowi, tylko taka droga jest właściwa i prowadzi do zbawienia i wiecznego, pięknego Baran Jan. 3;16 Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot Bartka na You Tube Utwór “Moja modlitwa”Utwór “Ucieczka z piekła”napisane i nagrane świadectwo Piotra StępniakaPoniżej kilka z wielu wierszyDziękuję Ci JezuDziękuję Ci Jezu za nadziei promieńZa to , że wznieciłeś w moim sercu płomieńTy jesteś przy mnie i to mnie cieszyPragnę Tobie ufać i Tobie wciąż wierzyćDziękuję Ci Panie , że mnie wychowujeszI tak obficie swą miłością obdarowujeszTobie chcę oddać każde moje pragnienieKażdą chwilę życia i każde marzenieTy jesteś godzien wszelkiej czci i chwałyDziękuję Ci Panie za Twój plan doskonałyPrzed Twoim obliczem stoję – ja człowiek skruszonyTwoją miłością Jezu jestem rozpalonyOddaję Ci chwałę moja ucieczko i opokoDłonie do Ciebie wznoszę wysokoI dziękczynienie z moich ust dzisiaj płynieBo dzięki Tobie Panie stoję i Twoich stópDo Twoich stóp Panie dziś klękamI wołam do Ciebie w milczeniuByś wlał swoją miłość do sercaDo serca co bije w cierpieniuTy wiesz najlepiej i widziszWidzisz moje serce wylaneWiem , że Ty je ożywiszBo ono jest Tobą utkaneDo Twoich stóp Panie dziś klękamI proszę Cię o więcej pokojuTwoja miłość mnie Jezu dosięgłaPomimo tródu i znojuWiem jedno , że Ty królujeszI dajesz mi Łaskę codziennieTy obraz życia malujeszNapełniasz radością me wielbięCiebie Jezu chwali moje sercePoznałem Twój dotyk PanieW Tobie mam swoje szczęścieTo Ty zagoiłeś moją ranęKiedy patrzę od rana na nieboI gdy ptaki latają wysokoRozumiem już po co i dlaczegoRozkładam swe dłonie szerokoI wielbię Cię Jezu mój KróluMimo tego że czasem mi smutnoWycierpiałeś krzyż pełen bóluTy mi dajesz dziś i lepsze jutroI będę Cię wielbił mój PanieBo to Ty dałeś mi życieZ Tobą przed Ojcem stanęMoje serce już nie jest tak mamPrzyjaciela wiernego w swoim sercu mamJest to mój Zbawiciel , Jezus Chrystus PanTo Ty Jezu zmarłeś i zmartwychwstałeśI w moje serce moc miłości swej wlałeśBędę Cię wielbił i wywyższał jak DawidBo wiem Panie , że mnie nigdy nie zostawiszTy jesteś przy mnie w każdym miejscu i porzeNoszę w sobie Twoje Słowo – Słowo BożeTy mną kierujesz i prowadzisz za rękęTy dajesz słońce , deszcz i na niebie tęczęZ Tobą Jezu chcę swoje życie związaćPrzy Tobie chcę Panie na wieki oceanie Twojej miłościW oceanie Twojej miłości zanurzam się OjczeTy dajesz w mym sercu zamiast chłodu słońceI tulisz mnie Panie w swoich ramionachMoja dusza w Tobie jest uwolnionaTobie chcę śpiewać i wielbić Cię staleW Tobie mój Jezu pragnę trwać wytrwaleBo to Ty dałeś mi nowe życieCiebie wzywam w nocy i o świcieMoje serce przed Tobą jest skruszoneTwoją miłością Panie cały w środku płonęTobie chcę ciągle oddawać Jezu chwałęBo Ty Panie nigdy o mnie nie zapomniałeś. Za trzema bramami, dwiema kratami i jednymi solidnymi drzwiami siedzi w strzeleckim Zakładzie Karnym nr 2 Alojzy Kawecki, skazany za współudział w morderstwie. Siedzi i pisze bajki dla dzieci. Właśnie wydał swoją bajkopisarza Kaweckiego dotrzeć trudniej, niż gdyby mieszkał za siedmioma górami. Bo każda brama, każda krata i jedne drzwi, które go oddzielają od świata, mają solidny zamek. O otworzeniu każdego z zamków decyduje inny strażnik. Zanim ktokolwiek wejdzie do środka, musi przejść gruntowną kontrolę. Rewizja wnoszonych rzeczy to Broń, narkotyki, alkohol? - mundurowi muszą mieć pewność, kto i w jakim celu wchodzi. Alojzy Kawecki siedzi w pawilonie nr 3. Razem z najgorszymi mordercami i gwałcicielami, którzy za kraty trafili nie pierwszy raz. Zresztą Kawecki też zaliczył Ministrantów tu nie trzymamy... - ostrzegają siedzi w trzyosobowej celi - trzy koje, dwa niewielkie blaty i trzy fikoły (w więziennym grypsie: prycze, stoły i taborety) zajmują większość miejsca. Przez niewielkie okratowane okno wpadają do środka okruchy Swój talent odkryłem ponad 25 lat temu - mówi osadzony Kawecki, spoglądając na gruby zeszyt zapisany rymami. - To było na imieninach mamy. Pamiętam, że do domu zjechała wtedy cała rodzina. Żeby rozbawić gości, wziąłem kawałek kartki i na każdego z nich napisałem krótką rymowankę. Śmiechu było co niemiara. - Alojz! Ty powinieneś poetą zostać! - rzucił ktoś z rodziny. Ale młodemu Alojzowi siedziało w głowie coś innego. Dziś mówi, że mieszkał na bandziorskiej ulicy i to musiało się tak skończyć...Młodzieńcze włamyKawecki wychował się w Płocku w obskurnej kamienicy. Kolegów miał zawsze starszych od siebie. Myślał o nich: twardziele, bo wszyscy czuli do nich respekt. Najgorsi byli bracia K. Raz, wieczorem zaciągnęli milicjanta za róg i spuścili mu łomot, rozbierając do naga. Od tego czasu mundurowi zapuszczali się na Paderewskiego tylko w kolumnie trzech samochodów. Niedługo po tym Alojzy zaliczył pierwszy "włam".- Miałem zaledwie 13 lat. To był sklep "Na Skarpie". Miał dobre podejście od zaplecza. Nożyce, kłódka i... ciach! Byliśmy już w środku. Interesowała nas kasa, fajki i czekolady, bo można je było łatwo z kumplami jeszcze kilka podobnych skoków. Pewnie nikt by się o tym nie dowiedział, gdyby któryś z nich nie zaczął gadać. - Jak to dzieciaki... - dodaje Kawecki. - Któryś się napił i wszystko wyśpiewał innym. A milicjanci od razu się dowiedzieli. Zgarnęli mnie prosto z domu i przykuli do grzejnika na komendzie. A potem dostałem pałami po piętach. Nie wiem dlaczego, ale głowa mnie od tego bolała jak jasna cholera. Po powrocie do domu dostałem jeszcze solidnie paskiem od w zabójstwieAlojzy Kawecki wychowywał się w normalnej i pobożnej rodzinie. Rodzice dzień zaczynali i kończyli modlitwą. On sam nie mógł żyć normalnie. Włamania tak go wciągnęły, że gdy pierwsza sprawa trochę ucichła, znów zaczął. Trafił do poprawczaka, a gdy był już pełnoletni, zaliczył pierwszą odsiadkę w więzieniu. Spędził w zakładzie karnym jedną trzecią swojego życia. Gdy wyszedł zza krat za włamania, ożenił się, a niedługo po tym urodziła się córka. Obiecał sobie, że już nigdy nie wróci za kraty. Mylił się. Najdłuższa odsiadka dopiero go czekała. Kawecki twierdzi, że został dziś we wszystko wrobiony. Ale śledczy i sąd orzekli wydarzyło się za dworcem PKP w Płocku, gdzie spotkał się z kumplami na winku. Było ich siedmiu, a wśród nich 45-letni Andrzej. Cwany był z niego gość, bo potrafił okantować najlepszego kumpla. Brał pieniądze, a później mówił, że wcale ich nie pożyczał. Feralnego dnia wszyscy pokłócili się o srebrne kolczyki, które Andrzej miał sprzedać dzień wcześniej. Po trzeciej kolejce zaczęła się sprzeczka. Chwilę później koledzy rzucili się na Andrzeja. Tłukli go i katowali, aż ten stracił przytomność. Na końcu nałamali gałęzi, rozpalili ognisko i chcieli go spalić. Żywego. Czy Alojz też wtedy bił? On twierdzi, że Kumple przed sądem zwalili całą winę na mnie - mówi Kawecki. - Oni wcześniej nie siedzieli, więc stwierdzili, że łatwo wkopią sąd uznał, że Kawecki też ponosi winę za śmierć Andrzeja. Za współudział dostał 12 lat więzienia, jego koledzy po 15 zza krat- To nie musiało się tak skończyć... - wzdycha Kawecki i ponownie spogląda na swoje zeszyty. - Gdybym wcześniej zajął się rozwijaniem moich pisarskich zdolności i miałbym na ulicy lepszy przykład, pewnie żyłbym inaczej. Na pewno skończyłbym lepszą szkołę, nie tylko pisania bajek powrócił dopiero za kratami. Był 2000 areszcie śledczym w Płocku jeden ze współwięźniów napisał wierszyk dla swojej 3-letniej córki. To miała być bajka od tatusia. Ale rymy zgrzytały w uszach tak mocno, że Kawecki parsknął śmiechem. - Taki jesteś mądry? Napisz coś lepszego! - ryknął i tak powstała jego pierwsza bajka pt. "Dole i niedole Janka Bezdomnego". To historia młodego chłopaka, który potrafił pięknie grać na flecie. Pewnego dnia, błąkając się po świecie, dotarł do kraju, w którym ludzie nie znali muzyki. Tam jego życie całkowicie się zmieniło. Pytany o to, co się działo dalej, otwiera zeszyt i czyta. Bezdomny Janek poznał tam księżniczkę. Rymy zgrabnie układają się w całość, a historia naprawdę wciąga. Bajka napisana jest z humorem i zakończona puentą. Aż dziw, że napisał ją człowiek, który w życiu nie czytał książek. Równie lekko czyta się inne rymowanki Kaweckiego. Ta o "Synu marnotrawnym" zaczerpnięta została z Biblii. Tę bajkę udało mu się wydać na Skontaktowałem się z wydawnictwem i jakoś poszło - mówi Kawecki. - Znajomy sporządził do niej jego książkę można kupić w księgarni. Nie jest gruba, więc kosztuje raptem kilka złotych. Co ciekawe, na stronach nie ma informacji, że napisał ją więzień, więc ludzie czytają ją dzieciom na dobranoc i nawet o tym nie wiedzą. - Sam ją czytałem mojej córce - mówi jeden z funkcjonariuszy więziennych. - Bardzo jej się spodobała. Chcę zrobić coś dobregoDlaczego bajki Kaweckiego są dobre?- Bo mam na ich napisanie mnóstwo czasu - przyznaje autor. - Ale muszę mieć do tego idealną ciszę i spokój. Pisze teksty w swojej celi najczęściej w nocy, gdy jego koledzy śpią. Zapala na blacie niewielką lampkę i wpatrzony w zeszyt układa słowa. Gdy napisze większą część, sadza swoich więziennych kolegów na fikołach i czyta im bajkę. Recytując, uważnie przygląda się ich reakcjom. - Jeżeli mają wymalowane na twarzy zaciekawienie, to znaczy, że opowieść chwyta - dodaje Kawecki. - Dobra bajka musi zaskakiwać i budować atmosferę pewnej niezwykłości. W swoim zeszycie ma łącznie siedem bajek. Chce je wydać, gdy wyjdzie na wolność. Ale nie po to, żeby zarobić. - W życiu nie byłem dobrym człowiekiem - wzdycha Kawecki. - Sporo ludzi okradłem, żona ode mnie odeszła, a dziś dobry kontakt mam jedynie z córką, która czasami zadzwoni albo wyśle list. Piszę te bajki, bo chciałbym, żeby na tym świecie została po mnie chociaż jedna dobra rzecz. Syn MarnotrawnyDwóch dorosłych synów miał człowiek zamożnyBył bardzo bogaty i wielce pobożnyByło im jak w bajce, dobrze im się żyłoLecz młodszemu chłopcu żyć tak się znudziłoDość już miał harówki u ojca na roliWięc na swoje życie czasami biadoliłAż kiedyś syn młodszy do ojca powiada:Niech ojciec koło mnie na tej ławce siadaChcę z ojcem pogadać o mojej przyszłościWięc proszę Cię ojcze, abyś się nie złościłOjciec się domyślał o czym będzie mowaLecz siada na ławce przy chłopcu bez słowaChłopiec chce coś wyrzec, lecz ojca się wstydziOjciec tę nieśmiałość swego syna widziWidzi, że nieśmiało syn mowę rozkręcaWięc tymi słowami chłopaka zachęca:Powiedzże mi synu co masz mi powiedziećBo długo tu z Tobą nie zamierzam siedziećW polu i zagrodzie pracy jest niemałoWięc to co cię dręczy wyrzuć z siebie śmiałoWtedy rzekł młodzieniec tak do ojca swego:Wiele tu włożyłem wysiłku mojegoCiężko harowałem, wylewałem potyDość już mam na roli mój ojcze robotyOd pracy widłami opuchły mi ręceŻycie moje mija w codziennej udręceJa ciężej haruję od twojego wołaWiele wsiąkło w ziemię potu z mego czołaOd świtu do nocy na roli harujęJa ojcze od życia więcej oczekujęProszę cię pokornie, daj mi ojcze spłatęChcę iść w świat daleki, opuszczę twą chatęZrzucę z siebie w gnoju upaprane spodnieChcę żyć drogi ojcze beztrosko i godnie (...) Elegia lubelskaKoleżankiLublin 1946***Na cześć moich braciNiepotrzebne skreślićOdwiedzinyPamięci CzechowiczaPamięci do domu dzieciństwaPrzywoływanieSiostraW drodzeVictoriaElegia lubelska z tomu Nie ma odpowiedzi Więc urodziłam się na tym skrawku ziemi Co mam zrobić żeby poczuć się tutejszą? 1. Budzi się w klasztornym hoteliku przez okienko szeroki widok na okolicę Jest ranek ranek lubelski Rozległą łąką nie-łąką między bujnymi lipami wydeptaną ścieżką na skróty idą do pracy kobiety i mężczyźni mijają Zamek i miejsce po synagodze potem cerkiew i targowisko Lublin jeszcze nie kresy ale już kresy haftowane ręczniki na stołach święte obrazki na ścianach na jednych ikony na innych Jezus o płonącym sercu pienia nabożne w różnych językach i nieme powietrze w którym zastygł jęk pomordowanych wepchnięte w gardła zawodzenie a potem cisza wielka i ostateczna cisza z odorem duszącego dymu i roznoszonych wiatrem łachmanów 2. Na cmentarzu matka ojciec i siostra Matka osobno pod kaplicą prawosławną samotna tak jak musiała czuć się samotna porzuciwszy rodzinną Moskwę jej światła i gwarne bulwary W pobliżu grób Czechowicza pochowanego wśród żołnierzy „poległych na polu chwały” Zawsze ktoś przynosi tu kwiaty bo trwa i nie poległa chwała jego wierszy ich słodycz naruszona profetyczną wizją przyszłości On jeden potrafiłby opłakać to miasto on który rzucił na nas czar jego sennej piękności potrafiłby uczcić pochody widm które się tu snują znaleźć modlitwę na „dusz cierpiących upalenie" 3. A ja mała wtedy dziewczynka chłonąca ten świat ciemny ruchliwy pełen zgiełku i okrzyków w niezrozumiałym języku które cichną nagle w piątkowe wieczory kiedy przez okna połyskują światła zapalonych świec a w gęstym mroku Grodzkiej i Szambelańskiej staroświecka latarnia rzuca blade ruchliwe blaski na pochyłe ściany domów 4. Odwróćcie wzrok ode mnie bramy mojego miasta bramy miejskie żarłoczne bramy przez które uszło życie z tych ciemnych uliczek O wieże rodzinnego miasta goniłyście mnie po świecie groziły nic wam nie jestem winna nieczułe olbrzymy które przetrwałyście nie uroniwszy ani jednej łzy nad miastem mojego dzieciństwa Koleżanki z tomu Bez pożegnania Głos łacinniczki był jakby trochę ostrzejszy, kiedy się do nich zwracała. (Nigdy po imieniu.) Miriam była zawsze doskonale przygotowana, Reginka słabsza, ale poprawna. Trzymały się razem i razem wychodziły z klasy przed lekcją religii. Ostatni raz spotkałyśmy się niespodziewanie u wylotu Lubartowskiej, na granicy świeżo utworzonego getta. Stały tam onieśmielone jakby przydarzyło im się coś wstydliwego. Lublin 1946 Miasto rodzinne pod niebem jak zatopione na dnie jeziora oto zapadam znowu w wieczność. Kołyszą mnie wzdłuż ulicy twe dzwony odlane z gorącego jeszcze armatniego huku. Oto przypędziły mnie ku tobie wskazówki słońca ale już pora odciąć pępowinę co mnie z tobą wiąże gdy znowu na rynku syci a niezadowoleni mieszczanie pośród krakania wron, pośród ruin. Wyciekają tu ze mnie lata o najczerwieńszej krwi szczepione świeżą ręką z daleka od ciebie. O, pozwól, by wyjechał wielki głośnik przez Twą Bramę Złotą i tu, między malarzem malującym rudery między gruźliczym dzieckiem i cwaniakiem złodziejskim niech tryśnie pieśń odnowienia! Niech wali wielkim strumieniem aż zaczną prychać pod nią uczniaki i zwilgną oczy starych a ulicami runie rzeka stokroć czystsza od Bystrzycy. Po niej płynąc dziewczęta wić będą kaczeńce ze Sławinka a chłopaki grać na organkach. *** z tomu Czuwanie Mówi akacja z dzieciństwa Nie takie bywały pamiętam twoje młode smutki Dla kogo rzucam teraz mój słodki kwiat pod balkonem drewnianym na kamiennym podwórku Na cześć moich braci z tomu Zobaczone Dziękowaliśmy Bogu żeśmy się uchronili w czasach klęsk rodzina która mogła się siebie doliczyć Wyszliśmy z tego i udało się nam żyć dalej Jeden brat powrócił po dwóch latach z surowej Północy nie do rozpoznania na zdjęciu zrobionym podczas postoju w Białej Podlaskiej: widmowa bladość na głowie sowiecka uszatka obok niego dwaj współtowarzysze z obozu jednego z najcięższych Jogła Wepchnięto ich do nor wykopanych w ziemi i obleczono w niemieckie mundury żeby nie budzili współczucia miejscowych Osłabł tak że współtowarzysze wywlekali go siłą z legowiska i ciągnęli trzymając pod ramiona ku rzece gdzie pracowali przy spławianiu drzewa Nogi zostawały mu w tyle gubił w drodze wypchane słomą chodaki Nie pozwalali mu odstać Pamięta im to Dzięki nim jego opowieść o naturze ludzkiej brzmi bardziej krzepiąco niż inne Kiedy chorował wynosili go na powierzchnię żeby mógł podziwiać zorzę polarną Mówili: głupi ten Hartwig ale uszanowali w nim artystę Drugiego brata – lekarza – sadzano na odwróconym stołku przesłuchując ze zbrodni leczenia rannych z „Parasola” Fagas o zatartych rysach zabierał go raz po raz z kliniki na Nowogrodzkiej i seanse ciągnęły się z przerwami przez długie miesiące Nie przeszkadzało to między jednym przesłuchaniem a drugim wzywać go do chorych dostojników był bowiem jednym z najlepszych w swoim zawodzie a prawość była jedną z przyczyn dla których go dręczyli Z własnej już chęci leczył Prymasa Tysiąclecia który lubił z nim pogwarzyć w korytarzu z daleka od podsłuchu pytając za każdym razem Co słychać panie Walenty Z wdzięczności za powrót brata z obozu ślubował odbyć pieszą pielgrzymkę do Częstochowy Kiedy z niej powrócił powiedziano mu: Może pan zapomnieć o kierowaniu instytutem Nie przyjął tego jako klęski Przybiegał do nas w roku sześćdziesiątym ósmym przybiegał w stanie wojennym niepokojąc się czy nas nie wzięto Pamiętam jak spotkałam go na warszawskiej Pradze podczas okupacji niemieckiej pogroził mi palcem zgadując jakieś kurierskie zadanie Karmił mnie kiedy chodziłam na uniwersytet podziemny bo przyszedłszy kiedyś do mieszkania które mi wyznaczono zobaczył goły siennik i łyżkę wetkniętą w garnek z zaschniętą kaszą Nie umiem nakreślić portretu moich braci Niepotrzebne skreślić z tomu Bez pożegnania Było nas pięcioro Skąd przyszło do głowy rodzicom żeby rodzić tyle dzieci? Nazwiska trojga znalazły się w encyklopedii Nie ma jednak pewności czy nie znikną w jej następnych wydaniach ustępując miejsca komuś ważniejszemu Jeśli jednak same talenty okażą się mało trwałe być może pozostanie coś co kiedyś zapewniało dobre imię: przyzwoitość „bonne souche” mówią Francuzi a idzie po prostu o mniej więcej czyste rachunki Wszystko co w nas najlepsze pochodziło od matki Ale ona szybko nas opuściła nie mogąc podźwignąć ciężaru cudzoziemskości Jeśli można tak to nazwać: kochaliśmy się wszyscy Ale nasze drogi szybko się rozeszły Jaki był nasz ojciec – nikt z nas tak naprawdę się nie zastanawiał Jego energia przewyższała energię całej naszej piątki Wciąż zapracowany nie zajmował się nami zbytnio ku naszemu zadowoleniu Nie sprawialiśmy mu zresztą większych kłopotów życie prowincjonalne nie wystawiało nas na zbyt wiele pokus Był fotografem starej daty Zawód ani lepszy ani gorszy od innych przed rewolucją żył w Moskwie z młodą żoną i małymi dziećmi prawie luksusowo w Lublinie zdobył sobie należne mu miejsce i szacunek coś na kształt lokalnej sławy Najczęściej robił zdjęcia rodzinne i portrety ale jego temperament sprawił że stał się pierwszym fotograficznym reporterem w swoim mieście Potrafił przed wojną zatrzymać pochód pierwszomajowy żeby zrobić demonstrantom zdjęcie z wysokości rozstawionego na chodniku stołu z którego jak strach na wróble wysterczał statyw jego staromodnego aparatu nakrytego ciemną płachtą Kochał teatr i operę i pracując w ciemni wygwizdywał melodie ulubionych arii Palce miał zawsze brązowe od kwasów ale moment ukazania się na papierze obrazu który utrwalał minioną chwilę napełniał go wyraźnym zadowoleniem Miał bibliotekę rosyjskich klasyków w oryginale i czytał wieczorami leżąc w łóżku póki zmęczenie nie zamknęło mu oczu Niechętnie wysupływał pieniądze na mój nowy fartuszek szkolny i robił to tylko wskutek perswazji wychowawczyni klasowej Zdarzało mu się jednak wydawać czasem pieniądze na rzeczy najzupełniej zbyteczne na kryształowy wazon lub staroświecki zegar Nieraz odprowadzał mnie do szkoły Bywało też że przynosił mi na szkolną pauzę zakupioną w sklepie bułkę z szynką polecając doręczenie woźnej która zamiast pilnować porządku musiała uganiać się za mną po korytarzach lub po boisku szkolnym Nie miał zwyczaju ani czasu na prowadzenie z nami rozmów był jednak dumny z naszych postępów w nauce Wszyscy z nas mniej więcej wiedzieli czego chcą Tylko mój najstarszy brat bardzo piękny artysta z temperamentu i playboy w dawnym stylu nie mógł się zdecydować co będzie robił dalej kiedy zwiodły go talenty malarskie Mieliśmy więc do czynienia z przyszłym lekarzem przyszłą pielęgniarką i młodą mężatką która wydawała się zadowolona ze swego nowego stanu nie snując dalszych planów Najmłodsze kurczę nie sięgało jeszcze myślami poza gimnazjalne mury i czytelnię gdzie równie dostępne były „Wiadomości Literackie” „Pion” i „Prosto z Mostu” Dziś myślę, że jeśli pozostawieni własnej samowoli nie zrobiliśmy z niej najgorszego użytku stało się tak dzięki wyniesionym z domu rodzinnego przekonaniom że droga prosta jest najkrótsza Dopiero po latach miało się okazać że decyzja jest zawsze w rękach tego „co kule nosi” Wkrótce po śmierci mamy ojciec ożenił się po raz wtóry Moja starsza siostra wspomina że do jej obowiązków należało poszukiwanie ojcowskiego kapelusza który wciąż gubił się w dorożkach załadowanych fotograficznym sprzętem Czasem zdawało mi się że pod tą rozwianą na wietrze płachtą aparatu wzleci kiedyś w niebo gdy nadejdzie jego pora Ale śmierć dosięgła go dopiero po kilku latach choroby którą spędził unieruchomiony w łóżku Cios losu jak zawsze celny uderzył go tak żeby najbardziej zabolało bo ruchliwość jego była przysłowiowa Lubił wspominać Moskwę Kijów i Odessę po której ulicach toczyły się zrzucane z wozów ogromne kawony będące dla niego symbolem dzieciństwa Co do mnie – zawsze nie znosiłam fotografii Gust do niej przywrócił mi dopiero mój najstarszy brat który uczynił z niej dzieło sztuki i był jedynym chyba znanym mi człowiekiem który nie znał zawiści i nigdy nie powiedział o nikim złego słowa Odwiedziny z tomu Pożegnania Na Placu Trzech Krzyży w Warszawie, na przeciw kościoła Świętego Aleksandra jest Instytut Głuchoniemych. Stał kiedyś, dziś j e s t tylko. Tam poszłam w parę miesięcy po zniszczeniu Warszawy. Była wczesna wiosna. Pył się unosił z pustych wnęk domów, nad którymi otworzyło się nieba więcej niż kiedyś. W Instytucie spodziewałam się odnaleźć towarzyszkę pracy Józefa Czechowicza, poety, którego wśród wielu trzeba pamiętać. Nam, dorastającym, wiersze jego podały obraz świata jak liść młody, jak zwierzę jeszcze gorące od narodzin, pełne trwożnych przeczuć. Nie trzeba ich stroić. Ani mogiły poety na cmentarzu w Lublinie gdzie ma grób na centymetr nie szerszy od innych, co zabici od bomby, kamienia, strzału. Towarzyszka pracy pedagogicznej Czechowicza (był on bowiem nauczycielem dzieci upośledzonych: ślepych, głuchych i niemych, dla których zarówno kalendarz jak i ważne sprawy życia wraz z posiłkiem mają wolniejszy bieg) stała właśnie przed ogrodnikiem w szarym kitlu z gracą wydając mu zarządzenia. Z boku widziałam jej zamknięte wargi, nieme z wyboru, nieme z przekonania, nieme z doświadczenia długich lat. Tylko uskrzydlone dłonie żłobiły powietrze w arabeskę, której piękno i logika były mi niedostępne. Tak żyje człowiek, którego karmią dwa światy, jak ksiądz, jak poeta, jak dozorca więzienia. Najpierw wskazała mi lewą ręką: na boisku bawili się w piłkę chłopcy czyści, odziani ubogo; zresztą jak inni chłopcy w ich wieku weseli. Ale ich radość nie udzieliła się mojej; był to najsmutniejszy z niemych filmów jakie widziałam. Tam, gdzie prawą ręką podaną mi na pożegnanie już mi nie wskazała, tam, drogą ku wyjściu, wydeptaną wśród odłamków gruzu, szedł pochód równie godny zapamiętywania jak rytmiczne pochody greckich płaskorzeźb. I jeśli nie przekaże go ostatni z tego wieku, słusznie zwali się w gruz architektura spółdomów, bez żalu niech zapanuje nad ziemią. Z ogrodu, spod drzewek bielonych wapnem, nieśli robotnicy na noszach polane wapnem ciała pensjonariuszy tego zakładu. Jaka była dla nich ta suita wojny? Czy bez szmeru walił się świat wśród błyskawic i wstrząsów i tryskały w górę płomienne fontanny ziemi i piasku, aż dopiero uderzenie śmierci przyniosło im głos pierwszy tak oczekiwany? Kto pobielił drzewka wapnem – uchronił je od szkody. Kto zalał ciała wapnem – nie uchronił ich od rozkładu. Z ciał niemych ulatując życie nie potrafiło wydobyć okrzyku, jak wybuch ostatni. Przetrwały mumie faraonów, kąpane w kadzidłach i oleju, po fellahach wieść tylko. I o tych tylko wieść zostanie. Mocniejszym tylko trzeba podjąć ją głosem, aby mocniejszym zjeżyły się włosy od niemoty słabych. (1946) Pamięci Czechowicza I padłeś własnym wierszem powalony Pod ruinami miasta ze światem umarłym w sobie Czy ten co słowem grozi wierzy aż do końca Giń Niniwo i swąd czuć i walą się mury Gdy widzi że się spełnia sen przeczucie wiara Chciałby cofnąć swe słowa lecz one gonią go ze światem Chciałby schronić się w domu Lecz tu właśnie ginie Biedne dziecko maligny synu urzeczenia Zawczasu twoja sława dziedzicom ogłoszona Zawczasu sielskość łąk Wobec popielisk zaświadczona Zawczasu na grobie własnym Zielony złożyłeś laur Pamięci W. z tomu Bez pożegnania Tak miał z pewnością dobrą pamięć i był świetnym diagnostą Znakomity lekarz któż to zaprzeczy Ale ja chwalę dziś dobrą pamięć jaką po sobie pozostawił ten dobry człowiek Powrót do domu dzieciństwa z tomu Chwila postoju Wśród ciemnego milczenia sosen – krzyk młodziutkich nawołujących się brzóz Wszystko jest jak było. Nic nie jest jak było. Przemów do mnie, Boże dziecka. Przemów, niewinna trwogo. Nic nie rozumieć. Wciąż inaczej. Od pierwszego krzyku do ostatniego westchnienia. A jednak to też było życie. I chwile szczęśliwe wychodzą ku mnie z przeszłości jak panny z kagankami oliwy. Przywoływanie z tomu Przywoływanie Wyrwana prosto z gniazda starowierców, z rodziny znanej mi tylko ze zdjęcia, gdzie widać ich wszystkich siedzących za stołem w ogrodzie, jak u Czechowa. To moi wujowie i ciotki, a ten ponury starzec z siwą brodą to mój dziadek. Nie znam nawet ich imion, odróżniam tylko Kolę którego matka kochała najbardziej i do którego podobny jest jeden z moich braci. Musiała żyć w niej pamięć o nieznanych przodkach, o tych nieokiełznanych w głuchym fanatyzmie chłopach, którzy kryli się w głębi najciemniejszych borów, przed prześladowaniami wiary, silniejszej niż ukazy cara i potężne prawosławie. Ten upór, ta siła musiały tkwić w najtajniejszej głębi jej serca, szarpanego nieustanną trwogą o los porzuconej rodziny. Pewno lepsza była ta Polska od rewolucji, przed którą uciekła z małymi dziećmi, za mężem Polakiem. Polski obyczaj i polska mowa wypełniały jej dni codzienne i świąteczne, noce mijały w szarpiącym ogołoceniu duszy. W cerkwi gdzie bywała każdej Wielkanocy, odnajdywała swój język. Potężne jak organy, głębokie basy w obłokach kadzidła rozbrzmiewały w niekończących się błogosławieństwach i błaganiach. Znak krzyża od prawego do lewego ramienia radość odnalezionej wspólnoty po wyjściu ze świątyni, w rzeźwym podmuchu wiosny pocałunki, uściski i niesione z ust do ust Kristos Woskries! Chrystus zmartwychwstał! Mała, zaledwie od ziemi odrosła, przyprowadzana za rękę, tam poznawałam pierwszy smak oddalenia od tego co najbliższe i drżeć zaczęłam by jej nie utracić. Ale stało się że odeszła. Hardość doprowadziła tę duszę do upadku nadziei tak głębokiego, że postanowiła opuścić nas na zawsze. Od takich postanowień nie ma już odwrotu. Kiedy znaleźliśmy ją leżącą na dziedzińcu tamtego ranka, wyglądała jakby po prostu idąc potknęła się i upadła. O, mamo, jak to się stać mogło? Z nas wszystkich ty jedna powinnaś była umieć latać. Siostra z tomu Nie ma odpowiedzi Po ucieczce z Rosji tak mało mieli w Polsce bliskich że wybrali mi na chrzestną moją starszą siostrę która gdy dorosła zastępowała mi matkę Myślę że nie miała łatwego charakteru nie objawiała żadnych talentów i z trudem ukończyła gimnazjum Ponieważ nasz ojciec był osobą powszechnie szanowaną w mieście uważano że zdeklasowała się wychodząc za mąż za skromnego chłopca bez zawodu Wypłacił się naszemu ojcu z nawiązką pielęgnując go w łóżku przez długie lata niedołężnej starości Byli najserdeczniejszymi z ludzi żyli pokornie przyjmując swój los jako sprawiedliwie odmierzony nie wspinając się ku żadnym przywilejom ani zaszczytom Owdowiała chora już po siedemdziesiątce jedyna z rodziny która pozostała jeszcze w Lublinie umarła w szpitalu Podobno wzywała mnie w ostatnich chwilach Nieprzytomna wodziła dłonią po ścianie a kiedy pielęgniarka zapytała ją dlaczego to robi odpowiedziała: Tam jest Władzio (to było imię jej męża) Nie może tu wejść. W drodze z tomu Bez pożegnania Na cmentarzu żydowskim na najstarsze drzewa Kruk kantor oniemiały nie śpiewa Nad drzew wierzchołkami ciężką jesienną chmurą przechodzą tysiącami Wychodźcie im na spotkanie zamknięci w pałacach pomników Razem przez deszcz siekący przez błyskawice iść wam dziś trzeba Ci którzy miejsca swojego nie mają którzy sami są ogniem i deszczem Teraz się z wami bratają Bo jeszcze nie koniec ich końca nie koniec Victoria z tomu Bez pożegnania Dlaczego nie tańczyłam na Polach Elizejskich kiedy tłum wiwatował na cześć końca wojny? Dlaczego to nie ja rzuciłam się w ramiona temu marynarzowi który schodząc z trapu z płóciennym workiem na ramieniu biegł ku mnie przepychając się przez rozgorączkowany tłum gdy z wszystkich megafonów dobiegały już rozszalałe dźwięki bebopa na przemian z Marsylianką i hymnem Boże strzeż Królowej? Dlaczego nie rozbiłam butelki szampana w pobliżu ich obu ubranych jeszcze w angielskie mundury i nie przeczuwających że kiedyś stanę u końca ich drogi? Dlaczego pisane mi było żebym na głównej ulicy Lublina na widok wchodzących oddziałów z czerwonymi gwiazdami płakała z radości że nie usłyszę już znienawidzonego: Raus! Halt! i z szarpiącego żalu że jest to cena za utracone marzenie o triumfalnym wjeździe bohatera na białym koniu i o powrocie tych którzy podwójnie oszukani tu już wracać nie chcieli Stanęliśmy więc – ci co się zachowali – na ulicach obróconej w pustynię Warszawy i dziś po latach odnajdujemy tam siebie trudnych do rozpoznania na wyblakłych taśmach starych kronik filmowych Wybór: Julia Hartwig i Tomasz Pietrasiewicz