Waldemar Dziki był ówcześnie mężem Darii Trafankowskiej, serialowej Danusi, z którą miał syna, Wita. Natomiast Małgorzata Foremniak miała za sobą nieudane małżeństwo ze szkolną Nie wiem, czy można bardziej skomplikować sobie życie. Po rozwodzie z Jackiem byłam nieszczęśliwa. Związałam się z Robertem, którego odebrała mi choroba. Gdy Jacek drugi raz mi się oświadczył, byłam pewna że drugi ślub to dobry pomysł. Dziś wiem, że nie można wchodzić dwa razy do tej samej rzeki Gdy powiedziałam „Pani” podczas poprawin do teściowej, roześmiała się i kazała mi mówić do siebie Mamo. Niestety z mężem nam się nie ułożyło i jestem już po rozwodzie od 4 lat. Mój eks mieszka za granicą, ale mamy wspólne dziecko więc dziadkowie utrzymują kontakt z wnuczką i mój problem zaczyna się tutaj. Pracowałem w dwóch firmach i nie utrzymałem tego. Po powrocie po trzech tygodniach poszedłem do pracy na szkolenie i nie zaliczyłem testu, tak że też lipa. W moim życiu miewałem stany depresyjne, depresję, próby samobójcze, po których i tak bym sobie nic nie zrobił. Po pierwszej byłem w szpitalu psychiatrycznym 5 tygodni. Gość gość. Goście. Napisano Grudzień 5, 2014. Witam Was Nie kochałam męża, chcąc być w porządku odchowaliśmy dzieci i gdy się wyprowadziły powiedziałam mężowi że chcę rozwodu Wydaje nam się, że siebie znamy, a prawda jest taka, że nie. Okazuje się często, że znamy nasze obrazy z przeszłości, wyobrażenie tego, kim jesteśmy. Zaakceptowaliśmy to, że możemy się po prostu nie znać. W procesie odłączania, na poziomie energii i emocji doszliśmy do momentu, w którym odczuliśmy, że siebie nie znamy. Precyzyjna odpowiedź na tak postawione pytanie jest niemożliwa bez znajomości szczegółów sprawy. Co do zasady należy wskazać, że jeśli po rozwodzie a przed dokonaniem podziału majątku jeden z byłych małżonków używa na zasadach wyłączności przedmiotu współwłasności to koszty z tym związane są uwzględniane przy rozliczeniu. Czyli rozumiem, że gdybyśmy z mężem wrócili do siebie, wrócili do Boga to i tak istnieje ryzyko że szczęśliwi nie będziemy, że będziemy ze sobą samotni. Dokładnie. Bóg i owszem pomaga, ale nie załatwi niczego za nas. Opiekuj się sobą, rozpieszczaj się. Chodź sama do kina, rób sobie drobne przyjemności. Postaraj się wyjść do ludzi. Spotykaj się ze znajomymi, ich obecność pomoże ci wyłonić twoją Nie należy tego przyspieszać wbrew sobie. Jednak samotność po rozwodzie nie może trwać zbyt długo – wtedy stanie się przeszkodą do rozpoczęcia nowego etapu w życiu. 4 Sposoby na samotność po rozwodzie. Odkryj swoje pasje. Jeśli masz hobby, wykorzystaj swoją nowe zasoby wolnego czasu, i poświęć się temu, co lubisz najbardziej. YPEEHi. Jej pierwszy mąż był alkoholikiem, drugi – katem. Osiem razy próbowała popełnić samobójstwo. Była bezdomna, a dziś sama pomaga bezdomnym. Poznajcie Ewę Barczyńską z gm. Filipów, laureatkę naszego plebiscytu „Kobieca twarz regionu” w kategorii Kobieta jest radną gminy Filipów, a przede wszystkim szczęśliwą kobietą. Jednak nie zawsze tak się czuła. Kiedy została laureatką naszego plebiscytu Kobieca twarz regionu”, zdecydowała się opowiedzieć nam swoją bez miłościEwa Barczyńska od ponad dwudziestu lat mieszka w Garbasie koło Filipowa. Przeprowadziła się tu po latach cierpień, jakie zgotował jej los. Jak mówi, od początku życia miała pod górkę. Urodziła się 59 lat temu w Szczecinie. Kiedy wspomina dzieciństwo, w jej oczach pojawiają się łzy.– Jestem dorosłym dzieckiem alkoholika – opowiada ściszonym głosem. – Nigdy nie czułam się kochana. Zawsze się zastanawiałam, czy w ogóle jestem dzieckiem moich rodziców. Ulubionym dzieckiem mojej mamy był mój młodszy brat, a taty – moja pierwsze lata życia wychowywali ją dziadkowie. Dopiero kiedy trzeba było rozpocząć naukę w szkole podstawowej, musiała się przeprowadzić do rodziców.– Zawsze brakowało mi miłości i czułości. Nigdy nie byłam chwalona, ani przytulana. Nikt mi nigdy nie powiedział, że jest ze mnie dumny. Za to za najdrobniejsze przewinienie byłam... bita. Do dziś każdy ból kojarzy mi się z tym, który zadawał mi ojciec – mąż pił...Nic więc dziwnego, że jako nastolatka zaczęła uciekać z tego wypełnionego przemocą domu. Chciała się jak najszybciej usamodzielnić i wyprowadzić od rodziców. Szybko więc, bo już w wieku 19 lat, wyszła za mąż. I jak to często w takich przypadkach bywa, trafiła na alkoholika.– Tego chłopaka znałam od lat, ale naiwnie wierzyłam, że po ślubie się zmieni i przestanie pić. Oczywiście się nie zmienił, a było tylko gorzej... – po ślubie urodziła syna, Krzysztofa, a po trzech latach małżeństwa się rozwiodła.– Choć jeszcze po rozwodzie walczyłam o ten związek, nawet wróciliśmy do siebie na pewien czas, ale to była pomyłka – dodaje.... drugi był katemPotrzeba miłości i bliskości popchnęły ją w ramiona drugiego męża. Poznała go w pracy.– Początki naszego związku były piękne. Czułe słówka, czułe gesty sprawiły, że jako 26-latka po raz drugi zdecydowałam się stanąć na ślubnym kobiercu. Jednak książę z bajki okazał się... katem – Ewa urodziła córkę, mąż stał się chorobliwie zazdrosny. W jej domu rozpoczęło się prawdziwe piekło.– Zaczął mnie bić, ale zawsze uderzał, żeby nie było widać śladów – opowiada. – W naszej miejscowości uchodziliśmy za bardzo dobre małżeństwo. Wszędzie chodziliśmy razem, bo pilnował, abym pokazywała się tylko z nim. I zawsze musiałam się uśmiechać, wszystko było na pokaz. Piekło zaczynało się w domu, w czterech ścianach – pani Ewa na samo wspomnienie tamtych dni nie może powstrzymać łez. Po chwili dodaje, że do przemocy fizycznej dochodziła emocjonalna. Kobieta przez lata była molestowana, poniżana, upokarzana na każdym kroku.– Mąż nazywał mnie Marysią. I tylko wydawał dyspozycje: Marysiu przynieś, podaj, pozamiataj. Kiedy wracał z pracy, z dziećmi stawaliśmy na baczność, bo jeszcze był na klatce schodowej, a już krzyczał: Marysiu, jajecznica i gorąca kawa!Wytrzymała 9 lat. I uciekła.– Psychicznie byłam wykończona – tłumaczy. – Ale kiedy uciekałam z synem i córką od tego kata, to nie myślałam o życiu, tylko o śmierci. Chciałam rzucić się z dziećmi pod szczęście po drodze spotkała znajomą, która zabrała całą trójkę do siebie. Ewie dała tabletkę na uspokojenie i zaopiekowała się jej dziećmi.– Praktycznie nie wychodziliśmy z domu. Mieszkaliśmy w małej miejscowości koło Szczecina i panicznie się bałam, że spotkam na ulicy męża, dopadnie nas i koszmar wróci – pomogła jej wychowawczyni syna, która znała sytuację rodziny.– Przyjechała po nas samochodem. Ja i dzieciaki położyliśmy się z tyłu, przykryliśmy się kocami – opowiada. – Zawiozła nas na dworzec i pojechaliśmy do mojej mamy. No bo gdzie mieliśmy iść? A mama powiedziała, że u niej nie ma dla nas miejsca...Zrozpaczona wsiadła w pociąg do Poznania, bo przyszło jej do głowy, by szukać pomocy u tamtejszych zakonnic, które prowadziły dom samotnej matki. Na miejscu jednak usłyszała, że mogą przyjąć tylko ją z córką. Bez syna, bo chłopak jest jej już nastolatkiem.– Zasugerowały, żeby Krzysztofa oddać do Domu Dziecka... Popłakałam się i wróciłam do Szczecina, do znajomej – na Niebieską Linię, opowiedziała swoją historię i poradzono jej, by udała się z dziećmi do któregoś z ośrodków Monaru. Chciała być jak najdalej od Szczecina, żeby mąż jej nie znalazł. I tak trafiła do schroniska dla bezdomnych w Garbasie Drugim w gminie z depresją– 10 lipca 1998 roku o godzinie 15 wysiedliśmy na przystanku autobusowym w Garbasie. Kiedy jechaliśmy autobusem po drodze brukowej minęliśmy studnię na korbę, później długo nic, a na końcu malutka wioska z przysłowiowymi czterema domami na krzyż. Siedziałam na przystanku i płakałam, gdzie ja dzieci przywiozłam – wspomina pani schronisku mieszkała dwa lata. Do Szczecina wróciła tylko raz, na sprawę rozwodową. Ta odbyła się bez jakichkolwiek przeszkód, bo sąd wiedział, z jakim potworem dzieliła Suwalszczyźnie Ewa Barczyńska znalazła spokój i szczęście. W Garbasie udało jej się stworzyć bezpieczną przystań dla dzieci. W ośrodku dla bezdomnych najpierw mieszkała jako pensjonariuszka, a potem, gdy udało jej się zdobyć mieszkanie komunalne, pracowała jako wolontariuszka, aż w końcu została tam zatrudniona. Przez lata pomagała podobnym sobie –ludziom bezdomnym, cierpiącym, po przejściach. Tam też poznała swojego obecnego męża. I tak od osiemnastu lat jest szczęśliwa u boku pana Wiesława.– Mój obecny mąż uczył mnie, że jestem człowiekiem, a nie służącą. Tłumaczył mi, że kobieta nie musi skakać nad mężczyzną. Pokazał, że facet też może kobiecie podać herbatę. Że kobieta też może być zmęczona, źle się czuć, że może czegoś nie chcieć... Podziwiam go! – podkreśla wspomina, że długo nie umiała pogodzić się z tym, że on robi pranie, gotuje, kocha...– On jest przy mnie, mimo że mam za sobą osiem prób samobójczych – podkreśla nasza bohaterka. – Zawsze wybierałam moment, kiedy mąż był w pracy. Ratowała mnie córka, ratował syn. Oni zawsze wyczuli, że dzieje się coś niedobrego. A mój mąż, mimo że go krzywdzę moją depresją, trwa przy mnie i mnie wspiera w walce z tą chorobą – zwierza się tu można by było pomyśleć, że nieszczęśliwe historie w życiu pani Ewy się kończą. Bo ile może znieść jedna osoba? Jednak sześć lat temu przeżyła największą tragedię, jaka może spotkać matkę.– Zmarł mój ukochany syn Krzysztof. Znaleziono go w mieszkaniu w Suwałkach. Miał tylko 33 lata – pani Ewa znowu ścisza głos i nie umie powstrzymać łez. – On również miał depresję i nie poradził sobie z tą chorobą. A ja nie umiałam mu pomóc, nie widziałam, a może nie chciałam widzieć, że coś się dzieje... Bo to przecież moja wina, że tak wyglądało jego życie – mówi Barczyńska przeszła też chorobę nowotworową, ale udało jej się ją pokonać. Dziś jest na rencie i udziela się społecznie. Ma siedmioro wnucząt i jest radną gminy patrząc jej głęboko w oczy, można w nich dostrzec wiele smutku, a nawet strach.– Depresja to straszna choroba, która odbiera człowiekowi szczęście – kwituje. I zaraz dodaje, że codziennie toczy z nią walkę. – Robię to dla mojej rodziny, dla córki, męża i wnuków. Ta choroba jest pokłosiem mojego dzieciństwa i źle ulokowanych uczuć .Wiecznie bita i upokarzana nie potrafi zrozumieć, że ktoś może ją kochać, chcieć jej dobra. Nie umie przyjąć komplementu i być dumną z siebie kobietą. A powodów ku temu ma dojrzałym wieku, po namowach córki, poszła do szkoły średniej. Radziła sobie wzorowo, ale matury nie zdała – zabrakło jej czterech punktów z matematyki. Na swoim koncie ma liczne załatwione sprawy dla mieszkańców ośrodka w Garbasiu i całej wsi. To dzięki jej uporowi zostanie wyremontowana droga Garbas – Mieruniszki. Jako radna stara się załatwiać interesy mieszkańców gminy Filipów, pomaga w najdrobniejszych sprawach, a nawet wypełnia dokumenty dla tych, którzy mają z tym problem. Mimo, że nie wierzy w siebie, przez innych postrzegana jest jako silna Marzy mi się wyremontowanie świetlicy, remont kaplicy, a na to potrzebujemy sporej sumy pieniążków, cały czas szukam sponsorów i to by mojej koleżance remont mieszkania zrobiła Dorota Szelągowska – uśmiecha się silnej kobiety jest dla niej jej córka. To właśnie ona zgłosiła mamę do naszego plebiscytu „Kobieca twarz regionu”. I pani Ewa wygrała w kategorii „Dojrzała kobieta”.Nie wstydzi się opowiadać swojej historii, chociaż wielokrotnie słowa nie chcą jej przejść przez zaciśnięte gardło. Robi to, by pokazać innym kobietom, że nie wolno im się uzależnić od mężczyzny.– Wszystkie kobiety powinny być z siebie dumne, pewne swojej wartości. Chciałabym, aby umiały się uśmiechać i cieszyć każdą chwilą – wyjaśnia. – Chociaż ja sama też dopiero teraz się tego uczę. No i obiecałam mojej rodzinie, że po tabletki schowane głęboko na dnie szuflady już nigdy nie sięgnę... Polecane ofertyMateriały promocyjne partnera Jestem w sakramentalnym związku małżeńskim 27 lat,ale po rozwodzie małżeństwo jest w takim stanie przez odejście od Boga. To jest już moja kolejna Nowenna nowenny w intencji uzdrowienia naszego sakramentalnego odmawiania tych nowenn ,Bóg dotykał moich zranień,mojego serca,nawracał ,uzdrawiał ,pogłębiałem swoją wiarę. Odbyłem spowiedz generalną z całego życia ,poprzedzoną mi łaskę przebaczenia mojej mojej żonie,oraz wszystkim którzy mnie skrzywdzili,nie było to łatwe,wiem że sam bym z tym nie poradził,ale z Bogiem było to wstawiennictwem Matki Bożej, Bóg uwolnił mnie z nałogów,grzechów,przemienił moje życie,jestem innym człowiekiem!!!.Wierzę ,że Bóg dotykał,również serca mojej żony oraz naszego sakramentu małżeństwa!!Teraz skończyłem Nowennę Pompejańską, którą odmawiałem w intencji nawrócenia mojej żony, bo wiem , wierzę że po nawróceniu i powrotu do Boga,zostanie uzdrowiony nasz sakrament odmawiania tych nowenn, pokochałem modlitwę różańcową,bez której nie wyobrażam sobie dnia!!!W Sobotę 5 stycznia zawierzyłem nasz sakrament małżeństwa na Jasnej Panu!!! StartŚwiadectwa o nowennie pompejańskiejStanisław: O nawrócenie żony Napisałeś książkę o sobie i o swoim związku, choć ukrywasz się za pseudonimem literackim. Co cię skłoniło, żeby opisać swoją historię? To długa historia… Dlatego postanowiłem ją nanieść na kartki. Kiedy czasami ją przytaczam przy jakichś różnych okazjach – rozmówcy opada szczęka, oczy wychodzą z orbit i po chwili złapania oddechu słyszę tylko jedno: „Musisz to napisać… Będzie bestseller…” Jak spojrzę z dystansu, w moim życiu wydarzyło się wiele cudów. Jest wielkie prawdopodobieństwo, że gdyby nie ingerencja Niebios, by mnie tu nie było. Mając pięć lat pojechałem z rodzicami na objazdowe letnie wakacje. Będąc w Wiśle, porwała mnie rzeka. Mało nie utonąłem. Uratowała mnie przypadkowa osoba. Mając dwanaście lat, wyjeżdżałem z podwórka na ulicę pożyczonym rowerem i zderzyłem się czołowo z wartburgiem. Świadkowie myśleli że nie żyję. Zszokowany kierowca, mieszkający dwa domy dalej, zaniósł mnie zakrwawionego do domu. Matka – lekarz udzieliła mi pierwszej pomocy. Przeżyłem. Wstrząs mózgu. Tydzień w szpitalu. Tydzień w domu na czworakach… W życiu dorosłym miało miejsce wiele innych cudów mniejszego lub większego kalibru. Do tych drugich niewątpliwie zaliczę dzień, w którym poznałem moją pierwszą żonę… Gdyby nie moja świętej pamięci mama, na pewno bym jej nie poznał… Potem, gdy byliśmy już małżeństwem przydarzył się kolejny cud, spadł „prosto z nieba”. Pozwolił mi widzieć jak dorasta nasza córka. Dzięki temu zrezygnowałem na dłuższy okres z pracy na morzu i związanych z tym wyjazdów. No a taki wręcz niewyobrażalny cud sprawił iż moja ex, ponieważ byliśmy już rozwiedzeni, miała przebłysk myślowy. Albowiem znajdowała się na drugim końcu świata w pewnym miejscu i czasie gdy dostała ode mnie SMS-a wysłanego z innego kontynentu. I wtedy zaniemówiła. Szczęka jej opadła, jak wspomina, oczy również wyszły z orbit… Nie mogła uwierzyć w to co zobaczyła… Ponieważ po trzech latach od rozwodu wróciliśmy do siebie, okres rozłąki uświadomił nam obojgu, iż nie możemy bez siebie żyć. Wyciągnęliśmy wnioski, zmieniliśmy nastawienie. Ja byłem najgorszym pacjentem gabinetu psychoterapeutycznego. Owszem, przeczytałem wszystkie wskazane mi lektury. Ale moja psychika, moje serce za nic nie mogło dokonać wyparcia. Adwokatka próbowała mnie wspierać i twierdziła iż mam jednoznaczne dowody, aby puścić moją żonę „z torbami”. W obydwu przypadkach – nie dałem się zmanipulować. Pomimo że wówczas nienawidziłem byłej żony z całych sił, dalej ją kochałem. No właśnie... Można??? Jak widać – można… Moje serce mówiło mi, iż z pewnością wina leży pośrodku. Nie chciałem jej ranić ani pogrążać. Zatem rozwiedliśmy się bez orzekania o winie. Nasze dobra zostały skrupulatnie zliczone i sąd na osobnym posiedzeniu uznał podział za sprawiedliwy. Poranna rozprawa trwała niespełna 30 minut. Po wyjściu z sądu poszliśmy to uczcić naszą pierwszą randką. Zaprosiłem moją ex do najbliższej restauracji na śniadanie singli. Natomiast wieczorem, poszliśmy do naszych sąsiadów i zarazem najbliższych przyjaciół poinformować, że jesteśmy już po i zdać relację jak było w sądzie. Dzwoniliśmy do wszystkich wtajemniczonych znajomych i zrobiła się ad hoc najlepsza impreza rozwodowa w historii. Wszyscy przyjechali dodać nam otuchy. Podobno już wtedy oświadczałem się mojej ex. Niestety – po rozwodzie wyprowadziła się na inny kontynent, gdzie zamieszkała ze swoim wybrankiem. Czego ja nie próbowałem, żeby o niej zapomnieć. Przyjaciele wspierali mnie na każdym kroku. Nawiązywałem znajomości i romanse z różnymi dziewczynami. Były młodsze ode mnie. Były dużo bogatsze. Praca na statku pozwoliła mi skupić się na obowiązkach zawodowych. Ale po pracy – siedziałem w internecie na „Sympatii”. Czasami w portach nawiązywałem krótkie lub ultrakrótkie znajomości. Głównie dla zdrowej psychiki. Z pewnością również dla zdrowej fizjologii. Po pięciu tygodniach wracałem do pustego domu i znów: internet, „Sympatia”, telefon, bliższe lub dalsze randki. Masakra. Rozwód tak daje człowiekowi do wiwatu, głównie w sferze psychiczno-emocjonalnej, że trudno się ogarnąć. Ale mi również dał solidnego kopa. Aby nie zwariować, postanowiłem podnieść swoje kwalifikacje zawodowe do najwyższego możliwego poziomu. Oprócz zdobycia dyplomu Senior Managera na statku, postanowiłem dokształcić się na najbardziej prestiżowej na świecie uczelni dla morskich profesjonalistów i ukończyłem z wyróżnieniem dwa kierunki. Na egzamin wyznaczony w Londynie na na godzinę 11:00 (czyż nie jest to niebiańska data) przyleciałem prosto z Rio de Janeiro. Moja podmiana w Brazylii była zaplanowana na 9 Listopada. Do UK przyleciałam dnia następnego wieczorem. Zdążyłem. Wszystko powyższe miał tylko jeden cel. Odzyskać moją ex. Wierzyłem, iż mi się uda. Istniała niewielka szansa. A do takiego wniosku doszedłem analizując moment konfrontacji gdy nagle moja ówczesna żona wyszła z pewnego pubu z innym. To był najbardziej szokujący moment w moim życiu… Pisanie pod literackim pseudonimem nie jest niczym szczególnym. Różne przesłanki przemawiają za chęcią ukrycia swojego prawdziwego nazwiska. W moim przypadku najprawdopodobniej związane to było z tym iż nigdy nie myślałem że napiszę i wydam książkę ani tym bardziej ebooka. Nie jestem polonistą ani literatem. Tym bardziej nie jestem pisarzem, chociaż moje wypracowania z języka polskiego były zawsze oceniane dość wysoko. Mój styl na pewno nie jest mickiewiczowski. Nie porównuję się do nikogo. Nie jestem godzien. Od bardzo wielu lat jestem związany z morzem i na co dzień posługuję się językiem angielskim. Zatem konstrukcje moich zdań są wyraźnie „zangielszczone” i charakteryzują się pisaniem „od tyłu”. Zobaczymy, jak świat zareaguje na moje wypociny… Rozstałeś się ze swoją żoną, tak naprawdę to ona od ciebie odeszła. Jak się czułeś w tamtym czasie, dlaczego doszło do rozwodu? Za główną przyczynę uważam brak komunikacji. Brak zrozumienia. Ona uważała iż jej nie rozumiem, nie szanuję i nie doceniam. Uważała, że wolałbym aby zamiast tego, co robi i czym się zajmuje, znalazła sobie prostszą i spokojniejszą pracę. Nawet w jakimś biurze, instytucji budżetowej, czy nawet w sklepie na kasie. Oczywiście – tego ostatniego nigdy jej nie proponowałem. To ona przytacza taki przykład ironizując ponad miarę. Na co dzień prowadzi swój własny biznes, którego korzenie wywodzą się z naszej pierwszej wspólnej firmy założonej jeszcze za czasów studenckich. Muszę w tym miejscu podkreślić iż był to efekt jednego z cudów o którym wspomniałem wcześniej. Tutaj świadomie nie chcę wchodzić w szczegóły i treść książki. Rita (imię żony zmieniam) ma przeogromne osiągnięcia w swojej działalności modelingowej i w wyborach najpiękniejszej Polki. Bez względu na organizację. Sam byłem na jednym z finałów w PKiN w Warszawie, gdzie jej podopieczna zdobyła główną koronę. To były niewyobrażalne emocje. Nikt się tego nie spodziewał. Ma niewątpliwie talent na tej płaszczyźnie. Powieliła ten sukces kilkukrotnie. W pewnym momencie stała się osobą publiczną znaną z ekranów lokalnej telewizji. Regularnie występuje w radiu na żywo. Jak w każdym związku, czasami bywają kryzysy. No i nam się też przytrafił. Negatywna energia się skumulowała. Znalazł się pewien jegomość, który postanowił ją zdobyć. Trafił na moment, gdy między nami było kiepsko i stało się. W najbardziej nieoczekiwany sposób zobaczyłem, jak z klubowej imprezy na którą przyszliśmy razem, wychodzi z kimś innym. Nie mogłem uwierzyć. Z miejsca wytrzeźwiałem. To był kolosalny szok. To, co wówczas się wydarzyło, jest we mnie zadrą psychiczną nawet po dzień dzisiejszy. Rozstanie po latach z kimś kogo wybrałem sobie na żonę i matkę mojego dziecka jest obciążeniem niewyobrażalnym. To przebicie serca włócznią. Rozwód, jak uznają specjaliści, jest przeżyciem czasami większym niż śmierć kogoś bliskiego. Bo to też jest utrata. Ale nie tylko. Te wyrzuty sumienia… Dlaczego ja??? Dlaczego mnie się to przytrafiło? Dlaczego nie podołałem? Dlaczego nie starałem się bardziej ? Jak się to odbije na naszym dziecku? Na jej edukacji. Na jej przyszłych relacjach. Na jej małżeństwie, o ile w ogóle będzie chciała wyjść za mąż. Jeśli nie – nie będzie szansy na wnuki… Jak będę postrzegany ja sam… Rozwiódł się, więc coś musiało być przyczyną… Czy nadaje się na partnera życiowego? Czyjegokolwiek? I sama świadomość, iż wieloletnia żona nieoczekiwanie odchodzi i wybiera kogoś innego nasuwa pytanie, jak to możliwe, że znalazł się ktoś lepszy ode mnie… W czym jest kur*a lepszy? W tym najbardziej krytycznym momencie mojego życia, myślałem że jestem w ukrytej kamerze… Ale zauważyłem iż nasze wspólne przyjaciółki, które były w tym klubie z nami, też były w szoku. Nic nie wiedziały. Niczego się takiego nie spodziewały. Podobno mieli romans od dwóch lat… Nie wierzyłem, w to co widzę i słyszę. Wywiązał się mój wewnętrzny dialog. Diabeł mówił mi do jednego ucha „A”, a serce ripostowało mu „B” do mojego drugiego ucha. Ten dialog był niesamowity. W niezbyt długim czasie usłyszałem wszystkie argumenty za i przeciw. Jakaż to była intensywna wymiana poglądów. Błyskawiczna retrospekcja przez nasz cały związek… Nieprawdopodobne… Jednak to do serca należało ostatnie zdanie. Do dzisiaj nie wiem, jak się na taką wypowiedź zdobyło… Ale ewidentnie było górą. Nastąpiła puenta dreszczowca. Nawet nie chcę ujawnić co mi podpowiadał Diabeł. Raczej tego nigdy nikomu nie ujawnię. Serce spuentowało zamieszanie tysiąclecia i poszedłem piechotą do domu. Musiałem przewietrzyć głowę a najbardziej umysł. Było widno gdy dotarłem do domu. Wyprowadziłem się z naszej sypialni. Dzięki Bogu, to co serce powiedziało na odchodne, przyniosło skutek. Rita przyjechała. Próbowałem zasnąć, ale na nic się to zdało. Rano, zapukałem do jej sypialni. Również nie spała. Zapytałem, czy możemy porozmawiać. I wówczas po raz pierwszy zacząłem słyszeć i rozumieć, co do mnie mówi. Łzy lały się nam obojgu strumieniami…. Postanowiłeś więc żonę odzyskać i podkreślasz, że doszło do boskiej interwencji. Opowiedz nam o tym. Można przyjąć iż Bóg zainterweniował dwuetapowo. Po raz pierwszy, nazwijmy to interwencją emocjonalną, gdy z moją kumpelą wyjechaliśmy w góry na narty. Bardzo chciałem, abyśmy zostali parą, Były zimowe ferie. Skrzyknęliśmy się większą grupą i zorganizowawszy wszystko od A do Z – udaliśmy się do Włoch aby szusować w blasku słońca. Tam zawsze niebo jest błękitne, słońce oświetla Alpy od południa, a Lambrusco i Peroni w stacjach narciarskich dodają sił witalnych. Byłem po rozwodzie. Zatem cieszyłem się chwilą jako singiel. Niestety, psychika zawiodła mnie na maksa. Jakimś cudem po obowiązkowej porannej rozgrzewce wskoczyłem w narty i dojechałem do pierwszego wyciągu. Kolejnym cudem – znalazłem się sam na czteroosobowej kanapie. Jakąś minutę później, gdy promienie słoneczne opalały wystawioną do słońca twarz, zamknąłem oczy i przypomniały mi się nasze letnie wakacje, piaszczyste plaże i… Pękłem. I to nieprawdopodobnie. Zawyłem ze smutku i goryczy totalnej życiowej porażki. Łzy po policzkach spływały jak z kranu. Wyjąłem telefon i napisałem jednozdaniowego SMS-a do mojej ex. Nie miałem pojęcia, gdzie jest i co robi. Nie myślałem o tym w ogóle. I w tym konkretnym momencie jestem pewien iż to właśnie Bóg był tym posłańcem i reżyserem chwili, ponieważ Rita odebrała tę wiadomość na zupełnie innym kontynencie, mając zupełnie inny czas od mojego. Ale najważniejsze było to, gdzie się znajdowała dokładnie wtedy, gdy otrzymała tą wiadomość… I to był moim zdaniem przełom. Punkt zwrotny w tej całej historii. Ten właśnie moment był inspirację do okładki. Jej grafika nie jest przypadkowa. Odwzorowuje dokładnie tę chwilę. Rita po otrzymaniu tej wiadomości była w szoku… Wyjrzała przez przeszkloną windę którą wracała z basenu i oniemiała z wrażenia. Druga ingerencja byłą już bardziej stanowcza, Nawet do pewnego stopnia brutalna… Byłem zaproszony przez tę samą przyjaciółkę na bal lekarski. Mieliśmy naprawdę nadzieję na zostanie parą. Była byłą żoną mojego najlepszego przyjaciela, który niestety zmarł kilka lat wcześniej. Miałem raczej wielkiego doła, gdyż większość czasu tego wieczora spędziłem przy barze. Nie bardzo barmanom szło z moją ulubioną caipirinhą więc musiałem doceniać mojito. Jedno, drugie, kolejne… Około godziny drugiej padło hasło: „kończymy imprezę”… Wyszliśmy całą grupą. Każdy taksówką w swoją stronę. Ja w drodze do domu zmieniłem zdanie. Po znacznej dawce mojito mój żołądek wył z głodu. Poprosiłem kierowcę o zmianę trasy. Najpierw szaszłyk. Nie oponował. Dojechaliśmy. Zapłaciłem. Poprosiłem, żeby zaczekał. Zgodził się. Najedzony i szczęśliwy wychodzę z baru, rozglądam się za moim taksówkarzem gdy nagle dostaję od kogoś lufę w twarz. Od drugiego – w splot. I słyszę konkret: „Wyskakuj ze skóry”. Gdybym był trzeźwy – pewnie by do tego nie doszło. Gdybym był lekko wstawiony – oddałbym im tą starą kurtkę z podziękowaniem. Ale byłem nawalony jak po weselu, więc odpowiedziałem bardzo niecenzuralnie i jeszcze bardziej stanowczym tonem. No i się zaczęło. Wzajemne mordobicie. Kapturowcy w trekkingowych butach mieli olbrzymi handicap. Byli świetnie przygotowani. Mimo to, nie dawałem się. Nie byłem im zupełnie dłużny. Dobrze, że jestem wysportowany. Alkohol dodał elastyczności i w połączeniu z adrenaliną uśmierzał ból. Bijatykę zakończył wóz policyjny, który pojawił się na sygnale nie wiadomo skąd i jak. „Rozejść się!” padło hasło przez megafon. Gdy odwróciłem na chwilę wzrok, ci w tym czasie wykorzystali sytuację i zrolowali ze mnie dosłownie tę nieszczęsną kurtkę po czym uciekli Zaproszono mnie do radiowozu. Szybciutko zdałem relację i opisałem sprawców których jeszcze było widać, jak przeskakują kolejny płot pobliskiego bazaru. Dostałem papierowy ręcznik do wytarcia twarzy. Zaproponowano mi zawiezienie do szpitala. Wolałem jednak podwiezienie do domu. Wysadzili mnie na sąsiedniej uliczce. ( „Nie możemy pod adres, nie jesteśmy taksówką…”). Wszedłem do domu. I prosto do łazienki aby umyć ręce. Spojrzałem w lustro i… nie mogłem rozpoznać własnej twarzy... Zmasakrowana do granic. Policjanci powiedzieli, że miałem szczęście. Tydzień wcześniej zabito tu studenta na tle rabunkowym I również było dwóch sprawców, których jeszcze nie odnaleziono. Moja ex jakimś cudem okazało się że jest w domu, w swojej sypialni.. Zapukałem delikatnie. Powiedziałem jednym zdaniem, co mnie spotkało. I dodałem, że nie mogę samemu zdjąć marynarki. Poprosiła o zapalenie światła. Aż jęknęła z przerażenia. I dostałem od razu opieprz za debilizm. Bić się o starą kurtkę z dziurawą kieszenią i rozerwaną podszewką. Pamiętała szczegóły. Udzielała mi pierwszej pomocy w mojej łazience, gdy na chwilę straciłem przytomność. I kolejny opieprz: „Nie odjeżdżaj mi tu jak cię ogarniam!!!” Okazało się, iż miałem wiele szczęścia. Moje obrażenia okazały się być ciężkie. Zawiozła mnie następnego dnia do szpitala skąd mnie już nie wypuszczono. Przeżyłem najprawdopodobniej dzięki interwencji policji. Ale skąd się tam wzięła? O tak późnej porze i w tym miejscu? Cud…Ewidentny cud… Doszedłeś jednak szczęśliwie do siebie i postanowiliście pobrać się ponownie. Jak wyglądał ten drugi ślub? To nie było tak hop-siup. Gdy okazało się że z tamtego jej związku nic nie wyszło, był ocean łez itp. Dzięki Bogu – byłem wówczas w domu, bo nie wiem, co by sobie mogła zrobić. Krzyczała, że jej marzenia znowu legły w gruzach. Że nie ma siły już dalej żyć… Nie opuszczałem jej na krok. Rozumiałem, co czuje. Tego dnia zawiozłem ją więc do pracy, przywiozłem z powrotem do domu Tytułem pocieszenia zaproponowałem wyjazd na Ibizę. Pierwszy pierścionek zaręczynowy kupiłem jej na Walentynki. Była znów singielką. Chodził mi po głowie od wielu lat. Można go było kupić tylko w samolocie KLM. W powietrzu od stewardes obsługujących wózek Duty Free. Był przecudny z trzykolorowego złota z kilkoma diamentami. Był już pieruńsko drogi, jak go zobaczyłem po raz pierwszy – kilka lat wcześniej. Potem tylko drożał i drożał. No ale okazja była wyjątkowa, więc poprosiłem firmę o przelot do domu właśnie KLM. Przyleciałem 13 lutego. Nazajutrz, raniutko zaniosłem jej do sypialni walentynkowe śniadanie. Pierścionek zakamuflowałem w miseczce truskawek podanych na tacy do łóżka wraz z kwiatami i szampanem. Walczyłem. Zauważyła, że na dnie jest coś czerwonego, co nie za bardzo ma kształt truskawki. Gdy go wyjąłem, pytając o rozważenie poślubienia mnie ponownie, chciałem jej go wsunąć na palec, jednak niespodziewanie w tym momencie wybuchła płaczem jak wulkan. I to tak strasznie i tak głośno, że łzy z jej oczu wylatywały prawie prosto na mnie. Cofnęła momentalnie dłoń i płacząc wycedziła, że jest jeszcze nie gotowa. Że jak na nią to jest jeszcze za wcześnie. Niestety, niedługo potem, w drodze do Rio na swoje okrągłe urodziny, zdjęła biżuterię w lotniskowej łazience aby umyć ręce i pierścionka już więcej nie zobaczyła. Ułamek sekundy. Policja nie pomogła. W Rio de Janeiro postanowiłem ponowić oświadczyny. Tym razem zostały przyjęte w najbardziej romantyczny sposób jaki w owym momencie był możliwy. Drugi ślub jest nieporównywalny z pierwszym. Mieliśmy na wszystko wpływ. Datą była nasza szczęśliwa liczba. Rita w sukni ślubnej pojawiła się w swoim studio telewizyjnym na „lajwie”. Wszyscy jej gratulowali. Po przyjęciu weselnym i telewizji wieczór zakończyliśmy ze świadkami w najlepszym klubie w mieście. Jesteś marynarzem, pewnie często nie ma cię w domu. Jak dziś wygląda wasz związek? Wiele się nauczyliśmy przez ten rozwód. Człowiek sobie uświadamia że kogoś bardzo kocha w momencie, gdy go traci. Pracuję miesiąc na miesiąc więc nasz staż małżeński należało by podzielić na pół. Niedługo po ślubie oboje wyprowadziliśmy się z Polski na drugi koniec świata. Londyńskie studia zaowocowały pracą na Dalekim Wschodzie. Role się odwróciły. To teraz Rita latała co dwa miesiące do Polski. Była przeszczęśliwa, gdy z bukietem kwiatów witałem ja na lotnisku. Takie życie w ruchu i na walizkach jest naszym żywiołem. Nie ma nudy. Jest wielka dynamika. Niestety, Covid-19 zmienił wszystko. W grudniu 2019, gdy pandemia już szalała w Chinach, aczkolwiek nie była jeszcze upubliczniona, wróciliśmy do domu. Wprost na Święta Bożego Narodzenia. Jak sądzisz, dlaczego w dzisiejszych czasach ludzie tak często się rozstają? Główną przyczynę, moim zdaniem, stanowi brak komunikacji. Pomimo, że partnerzy mówią tym samym językiem w rzeczywistości – nie jest ten sam. Rita mówiła do mnie językiem, którego przez długi czas nie rozumiałem. I nie chodzi o brak zaangażowania. Że jednym uchem wpada, a drugim wylatuje. Chodzi o sposób wysławiania się taki, aby partner mógł na sto procent wszystko zrozumieć. Jako przykład podam, iż jeśli ktoś chce zrobić biznes w Chinach – musi umieć mówić po mandaryńsku. Musi znać historię, lokalną kulturę i etykietę biznesową. Ta samo jest w związkach. Jeśli żona chce coś powiedzieć małżonkowi, musi to zrobić w jego języku, a nie swoim. Idealnie jest i to podkreślę, żeby się upewnić czy „wypowiedziane zostało usłyszane i czy usłyszane zostało zrozumiane”… To jej słowa. Drugą przyczyną są z pewnością wygórowane, często złudne oczekiwania i obietnice bez pokrycia. W jednej z lektur wskazanych przez moją psychoterapeutkę znalazłem zdanie „Nie oczekuj”. Te dwa wyrazy zmieniły moją postawę życiową o 180 stopni. Bardzo mądre zdanie. Jeśli niczego nie oczekujesz i nic nie dostaniesz – jest okay. Nie jesteś zawiedziony. Jeśli dostaniesz cokolwiek – będzie to przekraczało twoje oczekiwania czyniąc cię szczęśliwym i zadowolonym. Ale jeśli oczekiwałeś czegokolwiek, a nie dostałeś nic lub mniej – będziesz smutny i zawiedziony. Czyż nie jest to prawdą? Co chciałbyś, żeby zostało w ludziach po lekturze twojej powieści? Przede wszystkim odniosę się do dzieła pewnego kanclerza pewnej rzeszy, którego czytanie było przez wiele lat zakazane. Znalazłem tam jeden bardzo mądry fragment, którego dzisiaj nie jestem w stanie przytoczyć dokładnie, ale sens jest mniej więcej taki, że żeby coś pokochać, trzeba najpierw to szanować, a żeby szanować, należy najpierw to zrozumieć. Więc upraszczając – należy w związkach odstawić na bok słowo JA. Jeśli kocham, to daję, a nie biorę. Należy wyzbyć się postawy konsumpcyjno-roszczeniowej. Bo to na pewno nie jest miłość i się nie uda. Należy w związek włożyć energię. Należy zrobić wszystko, a nawet więcej, aby ta druga osoba była szczęśliwa. W moim przypadku to akurat działa. Bo gdy ja widzę jak moja żona się śmieje od ucha do ucha, aż do łez, widzę, że jest szczęśliwa i w tym momencie ja również jestem szczęśliwy. Może jeszcze nie za bardzo wychodzą mi niespodzianki. Ale pracuję nad tym. Chodzi o elementy pozytywnego zaskoczenia. Nawet takie malutkie niespodzianki, które sprawiają drugiej osobie dużo radości. Rita ma to opanowane do perfekcji. Czasami powtarzam iż będąc z nią nie potrzebuję pić tyle kawy. Wie jak mi podnieść ciśnienie. Zaskakuje mnie na każdym kroku. Na szczęście bardziej pozytywnie niż negatywnie. Poznawanie Jej to „neverending story”. Chociaż ona też się wciąż uczy empatii. Do niedawna to uczucie było dla niej obce. Wczoraj przeczytałem, że pewna rozwódka z dorastającym nastoletnim chłopcem ma problemy ze swoim nowym partnerem. Że chłopiec robi wszystko, aby zatruć życie konkubentowi. Moim zdaniem – należy tak starać się wychować dzieci - aby w przyszłości nie miały problemów w życiu. To taka rodzicielska wieloletnia inwestycja. Dzieci nie mogą być wychowywane bez nadzoru, ponieważ w przyszłości nie będą w stanie udźwignąć ciężaru swojego związku. Będą cierpiały a my z nimi. Moja kochana teściowa od samego początku twierdziła, że jestem prostolinijny. Nie wiedziałem wówczas, jak to odbierać. Życzę Wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom Wszystkiego Najlepszego na 2022. Rozmawiała Magdalena Gorostiza